Ekologiczne podsumowanie

Ekologiczne podsumowanie

Fregańskie treści publikuję sporadycznie od nieco ponad roku. Jednak ekologicznie i – zwyczajnie – mądrze, staram się żyć od lat. Ostatnie półtora roku wiele zmieniło na świecie, ale również w mojej głowie i w sposobie, w jaki działam na rzecz środowiska. Dzisiejszym postem postanowiłam podsumować to, co udało mi się wdrożyć w tym czasie. Stosuję metodę małych kroków, ale finalnie okazało się, że trochę się tego nazbierało! 😉 Dlatego dzisiaj zapraszam Was na pierwszą część i 10 eko-game changerów. To co, zaczynamy?

1. Patenty na segregację

Odkąd byłam dzieckiem segregowaliśmy w domu odpady. Prawdopodobnie wcześniej też 😉 Zmieniały się wytyczne dotyczące segregacji, znikały punkty zbiórki makulatury i skupy złomu. Pojawiały się kolejne pudełka do zbiórki korków, baterii czy filtrów do wody. Niezmiennie działam i testuję kolejne patenty na segregację śmieci, których nie udało się uniknąć. I chyba powoli odnajduję swoich faworytów w tej dziedzinie – czyli jak segregować aby było win-win-win. Dla mnie, dla środowiska i dla osób zajmujących się przetwarzaniem.

2. Kranówka zawsze i wszędzie

Z czasów studenckich pamiętam jedyne miejsce, gdzie dla gości była ogólnodostępna kranówka. Nie trzeba było składać zamówienia ani spełniać żadnych wysublimowanych kryteriów. Woda była dla każdego i nie dziwiło nikogo, że jest to woda z kranu. Ta sama, którą myjemy ręce, podrasowana o kilka plasterków cytryny z miętą i limonką. Dzisiaj, mimo upływu dekady, dostępna kranówka to nadal nie jest ogólnopolski standard. Pula miejsc z wodą z kranu regularnie się powiększa, niestety wolniej niż moglibyśmy oczekiwać. Ja, aby dołożyć swoją cegiełkę do tej zmiany, kupiłam metalowy bidon. Zamiast kupować w sklepie czy zamawiać do posiłku butelkowaną, kranówkę mam zawsze przy sobie. Super sprawa!

Metalowy bidon na wodę w kolorze pudrowego różu
Metalowy bidon na wodę.

O recyklingu filtrów z czajników filtrujących pisałam Wam tutaj. W najbliższym czasie powiem „sprawdzam”, czyli czy to co piszą w sieci o zbiórce to prawda? Zobaczycie na moim instagramie freganizmpopolsku.

3. Własne przetwory i zapasy na zimę

Mimo ciągot zrozumiałych dla prepersa czy naszych dziadków, nie robiłam wcześniej przetworów. Ile z tym roboty, po co je robić, czy to w ogóle opłacalne? Zazwyczaj odpowiedź brzmiała: nie, nie robię. Przecież w sklepach wszystko jest na wyciągnięcie ręki, dostępne w dowolnym momencie. Ale od zeszłego roku nieco się pozmieniało. W końcu jak inaczej zachować ten aromat zbieranych ze słońca owoców niż zamykając go w słoiki? Więc korzystałam ile wlezie z dostępnych zasobów – ze słodkich truskawek, z dzikich jabłek zostawionych samym sobie, z kwiatów lilaku i hibiskusa z zaprzyjaźnionego ogrodu czy głogu znalezionego w okolicznych parkach. W tym roku na swoją kolej czekają już półprodukty do ulubionych dań. Wszystko szczelnie zamknięte. Zasuszone, zawekowane, zamrożone – do wyboru, do koloru.

Własne przetwory
Własne przetwory – powidła z fregańskich mirabelek

Czy własne przetwory wpisują się w eko-nurt? W mojej opinii jak najbardziej! Z własnych zbiorów, z minimalną liczbą odpadków i bez marnotrawstwa. Często z wykorzystaniem produktów, które inaczej nie zostałyby spożyte – jak kwiaty hibiskusa, lilaku, kwiaty i owoce głogu czy mirabelki. Wiem, co przetwarzam, mogę zminimalizować dodatki (np. cukier), nie obowiązują mnie procedury z masowej produkcji żywności. Wszystko mogę dopasować do swoich preferencji smakowych. A zbieranie to dodatkowy ruch na świeżym powietrzu! Jak dla mnie same korzyści. 😉

4. Planowanie posiłków

Przed pandemią 80% posiłków spożywałam poza domem. Stołówka firmowa, szybkie przekąski „po drodze”, wyjścia na miasto albo rodzinne obiady. W domu głównie proste przekąski – owsianka, kanapki, owoce. Dlatego przełomowe w temacie gotowania było zamknięcie w domu i praca zdalna. Nagle jedyne opcje to własna kuchnia i pierwsze pytania – jak to zrobić mieć zbilansowaną dietę, nie jeść na okrągło wyłącznie owsianki, nie nie marnować i nie wydawać miliona monet? I tu całe na biało weszło planowanie posiłków – tak zwana „czysta micha” i wykorzystywanie wszystkich resztek. Oszczędność czasu na zakupy, królują dania jednogarnkowe więc i zmywania mniej. Jem co lubię, zastanawianie się nad zawartością nie zajmuje mi tyle czasu i nie wyrzucam jedzenia, dla mnie to takie win-win. Wygrywam ja, moje zdrowie i mój portfel, a dodatkowo szanuję środowisko. Nie wiem, czy pamiętacie z poprzednich postów, ale

wyrzucony produkt to marnowanie wszystkich zasobów, jakie wykorzystano do jego wytworzenia i transportu.

Więc jeśli planowanie = niemarnowanie, to ja w to wchodzę.

5. Zakupy do własnych pojemników

Własne pojemniki zrewolucjonizowały moje zakupy. I to dosłownie. Koniec z milionem reklamówek, które przy rozpakowywaniu w domu trafiają prosto do śmieci. Koniec z zalaną lodówką i szorowaniem jej co drugie otwarcie – nie ma reklamówek i powlekanych arkuszy, które przeciekają i brudzą półki. Wszystko czeka grzecznie na użycie w pojemnikach typu tupperware albo szklanych słoikach. Nie zjem kilograma sera? Biorę 150 gramów do pojemnika, czyli dokładnie tyle, ile chcę – nie ma przecież standardowej paczki, której połowa wyląduje później w śmietniku. A jak mi zasmakuje zawsze mogę dokupić. Opakowania zamykam szczelnie, nic się nie rozsypuje po szafkach. Pojemniki czy słoiki można elegancko spiętrować i wykorzystać półki aż pod korek. Na opakowanie naklejam etykietę z opisem, co jest w środku i kiedy zostało kupione. I już!

Zioła, kasze, przyprawy i inne produkty sypkie możemy kupić do własnych pojemników.

Co uwielbiam kupować do własnych pojemników? Przede wszystkim produkty sypkie. Kukurydzę na popcorn, kaszę i płatki każdego typu, bakalie, soczewicę, przyprawy, zioła, słodkości. Najdzie mnie ochota na wędlinę? Własny pojemnik dodatkowo zatrzyma zapach pod przykrywką.

Minusy?

Niestety są. Trzeba mieć pojemniki przy sobie. Jeśli wracając do domu spontanicznie chcecie wpaść na szybkie zakupy, raczej nie będziecie mieć przy sobie opakowań. Szklane słoiki (np. po jogurtach, przetworach, napojach) swoje ważą. Idąc na zakupy trzeba wziąć pod uwagę ich masę, co przy większych zakupach bywa odczuwalne. Dodatkowo nie wszędzie regulaminy sklepów pozwolą na użycie własnego pojemnika i nie wszystkie produkty są dostępne luzem. Nie widziałam sklepu, w którym byłaby dostępna cola na wagę – chociaż wino do swoich butelek jest jak najbardziej 😉

Czy zakupy do swoich pojemników to kosztowna impreza?

Niekoniecznie. Wiadomo, wszystko zależy od marży sklepu i jakości produktu. Można korzystać ze słoików z odzysku, tak samo jak kupić wystrzelone w kosmos pojemniki. Można na wagę kupować w manufakturze, na targu, w małym sklepiku, ale można też (przy pomocy obsługi) kupić na wagę towar w markecie. Porównując ceny kupowanych przeze mnie produktów, dużej różnicy między zapakowanymi produktami w dyskoncie a z własnymi pojemnikami w małym sklepie nie ma. Zdarza się nawet, że niektóre produkty są nieznacznie tańsze. Są też sklepy, które za przyniesienie swoich opakowań dają dodatkowy rabat do zakupów (do takich należy np. dekozakupy w Warszawie). Korzystnym kompromisem są na przykład większe opakowania przypraw w szklanych opakowaniach, dostępne w wielu sieciach.

6. Produkcja własnych mydeł – współpraca z Gosią ze sklepu Mydlane Rewolucje

To jest mój pandemiczny hit! Dzięki wspaniałej Gosi, właścicielce manufaktury i sklepu Mydlane Rewolucje udało mi się spełnić moje marzenie, zabawić się w małego chemika i zrobić własne mydło. Pierwsze testy wykonałam kupując wcześniej u Gosi produkty do mydła lawendowego. Korzystając z jej przepisu i porad zrobiłam lawendowego słodziaka i postanowiłam, że to nie koniec. W ramach współpracy wykonałam mydło czekoladowe i to, co z tego wyszło to CUDO. Zużyłam już 2 kostki, przetestowały go moje kobietki z domu, koleżanki, bebzole i nawet kilku panów – zachwytom nie było końca!

W najbliższym czasie pojawi się recenzja całego zestawu, napiszę Wam co nieco o dostępnych u Gosi ebookach i przepisach. Czy warto? Już teraz zaspoileruję Wam, że jeśli macie taką zajawkę na rękodzieło jak ja, lubicie eksperymentować, a może macie problemy skórne lub chcecie poprawić stan swojej skóry, to własne mydła są fajnym kierunkiem.

Mydła czekoladowe w różnych kształtach. Wykonane w ramach współpracy z przepisu Mydlane rewolucje z dostępnych w sklepie surowców.
Mały tip:

Ponieważ mydła muszą nieco poleżakować zanim nadadzą się do użycia, warto już teraz zainteresować się tematem. Własnoręcznie wykonane mydełko jest świetnym prezentem pod choinkę lub dodatkiem do większego pakietu, a cena jest o wiele niższa niż w wielu manufakturach i sklepach. Jeśli nie chcecie czekać na moją recenzję (może pojawić się nawet za kilka tygodni), możecie już teraz zapisać się na Gosiowy newsletter i serię „Zrób swoje mydło”. W ramach korespondencji dostaniecie poradnik małej mydlarki, pierwszy przepis na mydło lawendowe wraz z listą porad i wskazówek. Gosia poprowadzi Was przez cały proces krok po kroku, a w jej sklepie znajdziecie gotowe zestawy składników.

Uwaga! Pierwsza produkcja może pozostawić w Was niedosyt i wywołać chęć na więcej – w końcu jest tyle możliwości!

7. Minimalizm, opakowania z drugiej ręki i wygoda ponad wszystko

Przyznać się, kto z Was siedząc w domu zabrał się za porządkowanie szaf i szafeczek? Przeglądanie ubrań i dodatków, książek, kosmetyków i chemii, akcesoriów kuchennych, zapasów włóczek (tak, to ja, przyznaję się!), milionów przydasi, zapomnianych w czasie. Odgrzebywanie wielu szpargałów, które zazwyczaj objawiają się dopiero w momencie przeprowadzki; popierdółek, które nigdy nie były użyte i nawet nie wiadomo, do czego służą czy skąd się wzięły. Wiecie, o czym mówię? No właśnie 😉

Materiały do pakowania
Zero wastowe pakowanie paczek – czyli kolejne życie starych kalendarzy ściennych

U mnie też weszły porządki. Wiele rzeczy trafiło już do nowego domu, niektóre jeszcze czekają na swój czas. Nie wiedziałam, że mam aż tyle zbędnych drobiazgów! Jak można pozbyć się ich z domu, nie generując zarazem góry śmieci i nadać przedmiotom kolejne życie? Możliwe, że kiedyś uda mi się rozwinąć ten temat, a na chwilę obecną odsyłam Was do posta Asi z bloga Szafa Sztywniary, gdzie znajdziecie kilka wskazówek i podpowiedzi – Optymalizacja według Sztywniary. O tym, jak naszykować paczkę wykorzystując to, co mamy pod ręką pisałam w ostatnim poście o domowym pakowaniu.

8. Zmniejszenie ilości używanej chemii w pracach domowych

Czy da się wyeliminować wszystkie proszki do prania, płyny do płukania, tabletki do zmywarek, specyfiki do czyszczenia każdej możliwej powierzchni? Wiele osób twierdzi, że tak. Za mną pierwsze podejście do rezygnacji z chemicznych środków do czyszczenia. Przez kilka miesięcy specyfiki do prania zastąpiły orzechy piorące z olejkami zapachowymi. Ocet własnej roboty zamiast płynów do czyszczenia. Orzechy piorące zamiast tabletek do zmywarki. Kwasek cytrynowy w roli odkamieniacza, soda jako proszek do doczyszczania. Wiem, że wiele z tych rzeczy zostanie ze mną, ale nie wszystkie mnie przekonały. W planie są testy mydlnicy lekarskiej i kolejne podejścia do octu jako magicznej substancji. Czy zadziała? Okaże się. W chwili obecnej nie oddam patentu na używanie połowy tabletki do zmywarki zamiast całej. Podpatrzyłam, że Eliza z Pokolenie Zero Waste też tak robi – jaka to jest super sprawa! Eliza poleca też wiele innych fajnych patentów na eko-życie, warto do niej wpaść!

O czym jednak warto pamiętać przy takich rewolucjach? Żeby pod żadnym pozorem nie wyrzucać niezużytej chemii! Testujcie rozwiązania eko, wdrażajcie na stałe te, które Wam odpowiadają. Jeśli zrezygnujecie z używania środków, których macie dowolną ilość w domu, choćby i ćwierć butelki – zużyjcie je do końca lub podajcie dalej. Szkoda, żeby się marnowała, nawet jeśli Wam już nie odpowiada.

9. Bawełniane chusteczki wielorazowe

Najbardziej niedoceniany patent – wielorazowe, materiałowe chusteczki do nosa! Pamiętam z dzieciństwa takie chusteczki – w zwierzątka, lalki i postacie z bajek. Kolorowe, mięciutkie i super chłonne. Gdy znalazłam je na wyprzedaży w trakcie zakupów spożywczych nie mogłam się powstrzymać – powiedziałam „Spróbuję!”. I oto są! Moje odkrycie roku, szczególnie w taką pogodę jak teraz – deszczyk na zewnątrz, a z nosa siąpi. Nie trzeba myśleć o zapasie chusteczek jednorazowych – te materiałowe cuda można w każdej chwili uprać i używać ponownie! Bez bielenia chlorem, generowania okrutnych ilości śmieci, używane setki razy, a dodatkowo nie podrażniają tak nosa. Ja mam 4 bawełniane, które używam zamiennie. Chociaż noszę się z chęcią zakupu kolejnych, to na chwilę obecną te w zupełności mi wystarczają.

Mnogość wzorów, kolorów i rozmiarów jest ogromna! Można nawet spróbować zrobić je samemu. Może akurat macie przyjemną dla skóry, delikatną tkaninę, którą po obrębieniu chcecie wykorzystać w ten sposób? Polecam się rozejrzeć za chusteczką na próbę, jak dla mnie super sprawa!

10. I na koniec – naturalne tkaniny i rękodzieło

Ile artykułów dotyczy szkodliwości plastiku dla środowiska, jego właściwości, zalet i wad? Na szczęście zaczynamy się teraz zastanawiać nad cechami różnych tworzyw i tkanin w kontekście ubrań, które nosimy. Nie tylko jako mikrocząsteczki plastiku, trafiające do naszego ciała czy do zbiorników wodnych, ale też jak wpływa na naszą skórę. Czy grzeje w zimie i chłodzi latem, pozwala skórze oddychać, może powodować podrażnienia? Obecnie pojawia się w mediach społecznościowych coraz więcej informacji, samouczków i artykułów o właściwościach naturalnych tkanin. Wełna, bawełna, jedwab, wiskoza, tencel – różnorodność materiałów jest ogromna. I co ciekawe, nie trzeba na nie wydawać milionów monet! Ale o tym za chwilę.

Dlaczego warto zainteresować się takimi tkaninami?

Dla przykładu przywołuję tegoroczne upały. Upały przyszły niespodziewanie, z jednego gorącego dnia zrobił się tropikalny tydzień, a później trzy. Wentylatory wyprzedane, na montaż klimatyzacji (na którą nie każdy może sobie pozwolić) terminy za kilka tygodni. A przecież trzeba pracować, podróżować, robić zakupy – leżenie w zimnej wodzie przez cały dzień nie wchodzi w rachubę. Pot płynie ciurkiem bez specjalnego zaproszenia. Co jeśli na wierzch narzucimy akrylową bluzkę? Efekt podobny, jakbyśmy miały na sobie foliowy worek – w końcu to prawie ten sam materiał! Na odsiecz przychodzą tkaniny pochodzenia naturalnego: lekka wiskoza, oddychający len, chłodzący jedwab.

Demonizuję materiały sztuczne? Troszeczkę. Wiem, że kurtki nieprzepuszczające wiatru i wody z tkanin takich jak poliester czy akryl najlepiej spełnią swoją funkcję. Jednak moim faworytem na zimę zostają wełniane czapki i swetry, zarówno z wełny owczej, alpaki czy merino. W tegorocznych rekordowych mrozach nawet spacery nie były mi straszne, a naturalne ubrania spełniły świetnie swoją funkcję. A na lato? Oddychająca wiskoza

Własnoręcznie wydziergana opaska jest świetnym dodatkiem na obecną porę roku a zarazem niepowtarzalnym prezentem na zbliżające się święta Bożego Narodzenia.
Została wykonana wg wzoru Dagny Zielińskiej.
…i rękodzieło

W nagłówku wspomniałam również o rękodziele. Dlaczego? Bo to (poza zakupami z drugiej lub kolejnej ręki) może być najtańszy sposób na posiadanie własnego ciucha o świetnym składzie. Szczególnie, jeśli chodzi o akcesoria i dodatki: czapki, rękawiczki, szaliki, opaski. W internecie jest dostępnych wiele tutoriali i zestawów dla początkujących. Najtrudniej jest wybrać, który naszym zdaniem jest najfajniejszy 😉

To było tyle na dziś.

Co sądzicie o opisanych przeze mnie akcjach? Czy któraś z nich Was szczególnie zainteresowała i chciałybyście przeczytać o niej więcej? A może macie jakieś pytania, zastrzeżenia albo chcecie się podzielić swoimi patentami na życie w stylu eko? Czekam na Wasze wiadomości i komentarze na blogu oraz moim ekologicznym Instagramie freganizmpopolsku.

Pozdrawiam,

K.

Tagi: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Archiwa