Wyzwanie fregańskie -#freeganchallenge po polsku

Wyzwanie fregańskie -#freeganchallenge po polsku

W ramach ośmielania Was (i trochę też siebie) postanowiłam zrobić eksperyment i przez cztery kolejne dni konsekwentnie sprawdzałam moje ulubione miejscówki, ale i kilka nowych. W związku z tym zrobiłam sobie małe wyzwanie. Poszłam na sześć skipów w cztery dni: co znalazłam, w jakich ilościach i czy skipy mogą zupełnie wyeliminować zakupy? To się okaże!

W zeszłym tygodniu pisałam Wam o kodeksie zachowań fregańskich. Obiecałam Wam dzisiaj post o dylematach moralnych freganina, jednak jedna z dyskusji z Wami dała mi bardzo mocno do myślenia. Z tego powodu dylematy fregańskie odłożę w czasie, aż sama pouładam sobie w głowie zasłyszane treści. Zamiast tego, przychodzę z postem, który planowałam na sierpień. Myślę, że teraz bardziej Wam się przyda, a dodatkowo zachęci Was do skorzystania z sezonu owocowo-warzywnego, który mamy w pełni.

Wyzwanie fregańskie – o co chodzi?

Często w mediach internetowych możemy zaobserwować różne wyzwania, które mają nas zmobilizować do pracy nad jakąś umiejętnością czy cechą: fotografią (niezawodne #fotowyzwanie od Kobiecej Foto Szkoły), sprawnością fizyczną, rozwojem swojego biznesu – co tylko wymyślicie, na pewno już jest. Ma to na celu rozwijanie takiego aspektu naszego życia, ułatwia nam zmobilizowanie się i regularną pracę nad samorozwojem. W końcu kolejna okazja dopiero za tydzień, za dwa, za miesiąc. A może następnym razem już inna tematyka, więc tej nie można przegapić?

Z tego samego powodu, aby pracować nad ośmieleniem i odczarowaniem freganizmu postanowiłam zacząć od siebie i zrobić taki mały freeganchallenge – fregańskie wyzwanie. Ile rzeczy można znaleźć przy regularnym, codziennym chodzeniu w te same miejsca? A może to tylko szczęśliwy traf i marnujemy jedzenie tylko raz w tygodniu? Ile tak naprawdę jest warte to, co znajduję w koszu? Czy można całkowicie zrezygnować z zakupów i jeść tylko to, co się lubi? A czego w kontenerze nie znajdziemy? Dla siebie dodatkowo sprawdziłam pory, w których po prostu warto się na miejscu pojawić. Mam nadzieję, że jesteście ciekawi wyników 😉

Założenia

Zanim zacznę podsumowanie chcę określić kilka rzeczy, które warto dopowiedzieć. Opowiem o ilościach, które zabrałam ze sobą do domu – zdecydowana większość zostaje rozdystrybuowuję między ludzi, którzy są na te warzywa chętni. Ja przerobię dwa, może trzy pęczki natki czy koperku w kolejnych dniach, drugie tyle rozdam po rodzinie, sąsiadach, znajomych. W kontenerze znajduję ich kilkadziesiąt. Dlatego ilości o jakich mówię to nie wszystko co znajduję. Z założeń dla wyzwania chcę jeszcze podkreślić, że ceny są cenami adekwatnymi do stanu znalezionego jedzenia. Takimi, jakie zapłaciłabym na straganie za towar tej konkretnej jakości i wielkości na tym samym targowisku.

Dzień 1: targowisko

Pierwszego dnia na cel obrałam moje ulubione targowisko. Choć jest kawał od domu, to dla mnie super okazja do sportu: długi spacer i przejażdżka rowerem gwarantowane.

Co znalazłam:
2 kalarepy – 6 zł
1 sałata lodowa – 4 zł
1 sałata masłowa – 3 zł
3 pęczki rzodkiewek – 7,5 zł
2 marchewki – 0,5 zł
2 ogórki gruntowe – 1 zł
3 młode ziemniaki – 0,5 zł
1 kg wiśni i czereśni – 16 zł
2 duże brokuły – 10 zł
1 duży kalafior – 5 zł
8 pęczków dymki – 16 zł
4 pęczki koperku – 10 zł
6 opakowań jagody kamczackiej po 250 gramów – ok 50 zł (40 zł/kg lub 8 zł/op)
W sumie: ok 130 zł
Czas spędzony na targowisku: ok 1 godziny + dojazd

Dzień 1 - co znalazłam na skipie
Dzień 1: co znalazłam na skipie
Dzień 2: targowisko

Zasiedziałam się tego dnia w pracy, na targowisku byłam tuż przed zamknięciem. Większość kontenerów była już opróżniona i wprowadzona do zamykanych boksów.

Co znalazłam:
5 pęczków szczypiorku – 12,5 zł
2 sałaty masłowe – 6 zł
1 młody ziemniak + 2 marchewki – 0,5 zł
W sumie: 19 zł
Czas spędzony na targowisku: ok 20 minut + dojazd

Dzień 3: targowisko

Nic. Zdecydowanie wizyta była za wcześnie i choć pogoda zupełnie nie dopisała, kontenery były puste. Wniosek – większość towaru trafia do kosza tuż przed odjazdem, co było zupełnie do przewidzenia. Co jest ciekawe, to te same owoce i warzywa czy kwiaty, które kwadrans wcześniej możecie kupić za pełną cenę. Nie ma żadnych zniżek na koniec dnia handlowego, jedzenie nie trafia na osobną, przecienioną skrzynkę, w której można sobie coś wybrać. Nie, wszystko będzie w pełnej cenie do samego końca, nawet jeśli ma się zmarnować.

Dzień 4: targowisko, dyskont i giełda kwiatowa

W ostatni dzień wyzwania zrobiłam mały obchód. Potrzebowałam długiego spaceru, a przy okazji obeszłam kilka nowych miejscówek, poleconych mi przez Was na instagramie.

Co znalazłam:
4 duże cukinie (żółte + zielone) – 16 zł
4 pęczki rzodkiewek – 10 zł
5 główek czosnku – 10 zł
3 duże jabłka – 2 zł
1 mały pomidor – 0,5 zł
0,5 kg fasolki szparagowej – 5 zł
1,5 kg marchewki – 5 zł
2 cebule – 0,5 zł
0,5 kg ogórków gruntowych – 3 zł
1 kg buraków młodych – 5 zł
0,5 kg młodych ziemniaków – 2 zł
3 pęczki natki – 7,5 zł
1 koperek – 2,5 zł
2 pęczki dymki – 6 zł
3 wiaderka po kwiatach ciętych
bukiet róż – 7 zł
resztki ciętych kwiatów, które fajnie sprawdzają się do zdjęć, do ozdoby przy kąpieli, a czasem nawet do ukorzenienia
W sumie: 82 zł
Czas spędzony na skipach: ok 4 godziny + dojazd na targowisko

Dzień 4: znalezione na bazarze
Dzień 4: znalezione na bazarze

Poświęcając cztery popołudnia i wieczory w sumie przyniosłam do domu rzeczy o wartości 230 zł. Należy pamiętać, że towar po wyjęciu z kontenera przebieram wstępnie jeszcze na targowisku, następnie dowożę go do domu rowerem (plus długi spacer od najbliższej stacji veturilo), a później wszystko co przynoszę przebieram, myję, przerabiam. Czy 230 zł to dużo czy mało? I tak, i tak. Przez wyzwanie postanowiłam nie tylko sprawdzić, ile to właściwie pozwala mi zaoszczędzić, ale też ile czasu zajmuje. Dotarcie na targowisko to każdorazowo minimum 40 minut. Okoliczne sklepy to 20-25 minut w tę i z powrotem. Dodatkowo czas spędzony na targowisku czy pod sklepem, przerobienie w domu tego, co znajdę i rozdystrybuowanie reszty chętnym (o tym, czy opłaca się oddawać jedzenie w Polsce napiszę w przyszłości, ten temat mi nie ucieknie).

Czy patrząc na powyższe wyzwanie, w przeliczeniu można to traktować jako alternatywną formę oszczędności lub – co więcej – zarobku? Niekoniecznie. Dla osób, które doliczą do tego jeszcze koszty transportu w postaci ceny biletu czy kosztu paliwa tym bardziej. Znajdujemy sporo rzeczy, których normalnie nie jemy w tak dużych ilościach albo nie jemy wcale. Czasem można znaleźć towary, których nie używamy z innych powodów: bo ich produkcja jest nieetyczna, opakowania i transport oddziałują negatywnie na środowisko, a czasem bo są po prostu nieadekwatnie drogie. A mimo to lądują w śmietniku zdatne do spożycia.

Dla mnie jest to bardzo ciekawe podsumowanie. Wyzwanie zadziałało na mnie mobilizująco – normalnie w niektóre popołudnia zostałabym w domu. Tutaj drobna mżawka mi nie przeszkodziła, aby dotrzeć na miejsce przeznaczenia, a spacer dobrze mi zrobił. Dodatkowo jest coś, co bardzo mnie zasmuciło – to, jak wiele towarów trafiło do śmieci, chociaż nie musiało. I nie dało się ich uratować. Mogę do nich zaliczyć na przykład ciastka rzucone luzem, w których jest tyle cukru że stałyby zdatne do spożycia jeszcze miesiąc. Jedzenie, którego nie byłam w stanie sięgnąć lub wygrzebać, więc zostało w kontenerze. To, jakie ilości odpadów nienadających się do recyklingu lub nieposortowanych trafia do koszy – większości z nich dałoby się uniknąć. Nieuszkodzone skrzynki drewniane i plastikowe. Różne pojemniki po owocach, które po wysypaniu później sprzedawane są na wagę jako produkt prosto od rolnika, a nie z marketu.

Co jeszcze uświadamia taka codzienna bytność w tym samym miejscu? Że ludzi, którzy są przeciwni marnowaniu jedzenia jest mnóstwo, tylko boją się do tego przyznać. Którzy wstydzą się sięgnąć do tego kontenera, bo tak głęboko mamy wpojone zdanie innych.

Co mogę Wam powiedzieć w podsumowaniu tego posta? To, co mówię gdy ktoś się śmieje albo dziwi, że grzebię po kontenerach. To nie ja powinnam się tu wstydzić. Niech wstydzi się ten, który woli wyrzucić tony jedzenia do kontenera, zamiast postawić obok. Ten, który woli zmarnować, a nie obniży ceny. Ten, który mając pod nosem jadłodzielnię, właduje wszystko do kontenera i przysypie śmieciami albo resztkami, żeby ktoś nie skorzystał. Dlatego mówię Wam – ogranicza nas tylko włąsna głowa.

To by dziś było na tyle. Chcecie wziąć udział w wyzwaniu? Nic prostszego! Wstawcie podsumowanie i zdjęcie ze swojego skipa i oznaczcie je hasztagiem #freeganchallenge lub #freganskiewyzwanie. Możecie również oznaczyć moje konto na instagramie freganizmpopolsku. Pokażcie, co znaleźliście – z chęcią do Was zajrzę! 🙂

Pozdrawiam Was serdecznie i do zobaczenia!

Kasia

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Archiwa